5 na koloniach

Wiadomość
Autor
muahahaha
Posty: 365
Rejestracja: poniedziałek, 28 listopada 2011, 18:27

5 na koloniach

#1 Post autor: muahahaha » poniedziałek, 30 lipca 2012, 20:04

wakacje przypomniały mi o koloniach....ugh
jestem ciekawa, czy inne 5:
- lubiły jeździć na kolonie/obozy
- traktowały kolonie jak obóz karny (tak jak ja)

Dla mnie kolonie to był horror, zawsze myślałam ‘niech się wreszcie skończą’. W domu miałabym co robić, a tam strasznie się nudziłam. Najbardziej nie podobał mi się przymus: posiłki o określonych godzinach, cisza nocna, trzeba było szybko się myć (żeby zaraz ktoś nie zaczął się dobijać), nie wolno wychodzić poza teren obozu, trzeba słuchać babek, do sklepu kawał (i można iść tylko w grupie)....i wiele innych zasad. Największy problem miałam z tym, że nie mogłam robić tego co bym chciała i kiedy bym chciała. Do tego dochodziły inne dzieciaki z grupy – problem z integracją, a musiałam przebywać w ich towarzystwie 24/7. Chociaż zazwyczaj wyjeżdżałam z jakąś znajomą, to i tak było dziwnie. Pamiętam jak pojechałam z pewną koleżanką i myślałam, że będzie lepiej. Kumpela szybko zniknęła mi z oczu, normalnie jakby zmieniła osobowość - zaczęła zachowywać się jak ‘kotka na wiosnę’, aż mi się głupio zrobiło - w sensie: z kim ja się zadaję
Gdzieś w połowie liceum moja mama gderała ‘jedź sobie na kolonie, bo już więcej takiej okazji nie będziesz miała’. A ja sobie myślałam ‘nareszcie’



Awatar użytkownika
Szej-Hulud
Posty: 183
Rejestracja: niedziela, 29 maja 2011, 11:54

Re: 5 na koloniach

#2 Post autor: Szej-Hulud » poniedziałek, 30 lipca 2012, 20:37

Na kolonii byłem dwa razy, a oto krótka relacja.

Pierwsza: nie było źle, trzeba się słuchać opiekunów i tak dalej, obowiązki i tak dalej, zakazy i nakazy, brak wolności... ale atmosfera całkiem przyjemna. Może to dlatego, że grupa składała się z młodszych osób(czyt. najstarsi 6. klasa podstawówki, ja 4.). Trzeba było się socjalizować, ale to przychodziło mi łatwo- nie tyle sam inicjowałem takie zajścia, ale nie sprawiały mi one większych problemów. Ten wyjazd wspominam całkiem miło.

Druga- tutaj było gorzej. Wyjazd był dość integracyjny, jeśli chodzi o grupy wiekowe- ogółem, była to podstawówka i gimnazjum. W pokoju byłem z rodzeństwem, które opowiadało o swojej rodzinie niestworzone historie, w które oczywiście nie wierzyłem i nie omieszkałem im tego zakomunikować. Do tego przy stoliku na stołówce siedzieliśmy ze starszymi od nas osobami: jednym szóstoklasistą (szedł do pierwszej gimnazjum) i dwoma chłopakami z 1 (czyli już prawie 2.) gimnazjum. Dzisiaj brzmi to śmiesznie, ale towarzystwo było z nich okropne- takie połączenie cwaniactwa, chamstwa i jeszcze raz cwaniactwa. Inna sprawa, że opiekunka grupy nie była zbyt rozgarnięta- zachowywała się jak najbardziej w porządku, ale zdolności pedagogicznych nie miała. I domyślna była jak woda w klozecie.
5w4,
ENTp-Don Kichot

Ludzie, którym się spełnia życzenia, często okazują się nie całkiem mili. Czy więc powinno się im dać to, czego chcą, czy raczej to, czego potrzebują?

Beneath the rule of men entirely great
The pen is mightier than the sword.

Awatar użytkownika
sjofh_ystad
Posty: 619
Rejestracja: poniedziałek, 2 kwietnia 2012, 23:44
Lokalizacja: Nowhere dense ideal / Heart of Darkness

Re: 5 na koloniach

#3 Post autor: sjofh_ystad » wtorek, 31 lipca 2012, 01:41

Jeździłem co roku w dzieciństwie, gdyż rodzice lubili, gdy się jakoś konkretnie spędzało czas, wolny również. Ja nawet nie wiedziałem, że nie chcę, a potem, jak im to powiedzieć :)

Bardzo rzadko trafiali się ludzie, z którymi się dogadałem- spokojni, cierpliwi, mili i niewystawiający na próbę mojej nieśmiałości. Gdy już się trafili- było świetnie, niezależnie od tego, gdzie byłem.

Przeważnie jednak to była męczarnia, walka o przetrwanie, od połowy oczekiwanie, kiedy to się skończy i będzie można powrócić do bezpiecznego domciu. Nie przeszkadzały mi aż tak ustalone zasady, pory posiłków itd., może od pewnego wieku płot trochę przeszkadzał, ale w sumie zamiłowanie do wędrówek samotnych lub w małej grupie nabyłem dość późno. Najbardziej oczywiście przeszkadzało mi narzucone towarzystwo ludzi i różne dziwne zaplanowane obozowe aktywności. No i opiekunowie, których albo się bałem, albo uważałem za kompletnych kretynów :) (albo oba na raz)

Na zdecydowany '+' obozy tenisowe w gimnazjum, bo wtedy z tenisa coś ogarniałem w porównaniu do rówieśników i było nieźle. Wspólna aktywność i towarzystwo ludzi, którzy tam przyjechali głównie ze względu na nią, a nie żeby się nachlać i wyrywać laski/facetów bardzo pomagała. Na '+' z całości ogniska, jedyny element kolonii, który polubiłem (oczywiście żadne chlanie i skakanie, tylko nażreć się do oporu, a potem siedzieć, grzać się i patrzeć w płomienie)

Na '-' wszystkie "zwykłe kolonie", polegające na zabijaniu czasu różnymi głupotami.
Oto pisze Ruchomy Palec; cokolwiek raz zapisze
idzie dalej: ni cała twa pobożność, ni mądrość
nie zdołają go cofnąć, by zmazał bodaj pół wiersza,
ani też wszystkie twe łzy nie zmyją zeń choćby słowa

Snufkin
Posty: 5625
Rejestracja: piątek, 4 kwietnia 2008, 14:28
Enneatyp: Obserwator

Re: 5 na koloniach

#4 Post autor: Snufkin » wtorek, 31 lipca 2012, 09:46

Wyjazd pierwszy (4/5 klasa podstawówki), ośrodek kolonijno-wczasowy nad morzem zakładu mojego taty. Pokój trzyosobowy (jeden spoko ziomek w okularach, drugi jakiś patologiczny, pod koniec turnusu nasrał do kosza na śmieci a jako że wrócił wcześniej znaleziono w jego łóżku osraną piżamę). Ogólnie wrażenia pozytywne, mimo początkowego lęku nawiązałem normalne relacje z rówieśnikami, ładna pogoda i smaczne posiłki. Kiedy się skończyło postanowiłem wrócić za rok.
Wyjazd drugi j.w. Pokój dwuosobowy (współlokator Ósemkowy mięśniak rzadko myjący zęby - często dochodziło miedzy nami do spięć raz mu nawet wyjebałem w złości gdy rzucił we mnie klapkiem w twarz ale się szybko zreflektowałem, że mam nikłe szanse więc przeprosiłem unikając konfrontacji). Jako, że były z nami dzieciaki Katowic (konkretnie pracowników Huty Katowice) byliśmy w pewnym sensie podzieleni na dwa wrogie sobie obozy. Ogólnie to już nie był taki fajny klimat dziecięcej beztroski i niewinności jak rok wcześniej. Turnus okazał się dużo mniej udany niż poprzedni, mimo wszystko postanowiłem dać sobie jeszcze jedną szansę za rok (niestety za rok nie pojechałem...zabrakło pozytywnej motywacji z pierwszego roku).
Wyjazd trzeci (7/8 klasa podstawówki to był wyjazd nad jezioro na tzw. obóz harcerski (choć sam nigdy nie miałem z harcerstwem nic wspólnego). Sam bym oczywiście nie pojechał ale zostałem niemal na siłę wyciągnięty za uszy przez kolegę, który wcześniej nigdzie nie jeździł a nie chciał być sam. Wyjazd oceniam jako średnio udany, zrozumiałem wtedy właśnie ostatecznie, że dzieciństwo przemija a ludziom coraz trudniej się integrować w nowym środowisku. Z plusów było na pewno spanie w namiocie w chłodne deszczowe noce (pierwszego dnia byłem przerażony, później organizm się przyzwyczaił i jeszcze nigdy tak dobrze nie spałem). Pogoda właśnie nie dopisała i prawie cały czas siedzieliśmy w namiotach. Do minusów należy także zaliczyć widok oszczanych i obsranych kibli (niektórzy po prostu nie spuszczali wody). Jedzenie było bardzo smaczne. Po tym obozie wiedziałem, że już nigdy więcej nigdy nie pojadę na tego typu wakacje.
Reasumując: Jeśli chcecie posłać dziecko na kolonie róbcie to jak najwcześniej (chociaż bez przesady). Z każdym rokiem dziecku może być coraz trudniej. Ja w każdym razie zacząłem wyrastać na Noł Lajfa. Pamiętam jako żywo, że zawsze dzielnie podpierałem ściany na dyskotekach, nie lubiłem też angażować się w aktywność sportową. Lubiłem wycieczki ale w wolnym czasie chciałem po prostu siedzieć w swoich czterech ścianach. Ważne jest też środowisko (czyli z kim dzieciak pojedzie, lepiej żeby to były dzieci z klasy średniej niż śląskiej biedoty). Z perspektywy czasu trochę żałuje, że nie pojechałem wtedy trzeci rok z rzędu tam nad morze. Największą przyjemność sprawiało mi otrzymywanie listów z domu (zawsze miałem ich najwięcej, z reguły co trzy dni nowy). Patrząc na dzisiejsze dzieciaki spędzające wakacje przed tv lub komputerem uważam, że takie wyjazdy wyszły by im na zdrowie (mam tu na myśli głównie socjalizację). Nie rozumiem natomiast ludzi mających pretensję o rygor posiłkowo-spaniowy, w końcu gdyby każdy robił to co mu się podoba zapanowałby chaos i bałagan (którego i tak nie da się uniknąć).
5w4, sp/sx/so
ILI - Ni, DCNH - CT(H)

Awatar użytkownika
Rashel
Posty: 4
Rejestracja: sobota, 14 lipca 2012, 16:28
Enneatyp: Obserwator

Re: 5 na koloniach

#5 Post autor: Rashel » piątek, 3 sierpnia 2012, 19:39

byłam w sumie trzy razy na takich dłuższych wyjazdach. po pierwszej kolonii już wiedziałam, że wszystko zależy od tego, z kim się jedzie, już nieważne gdzie, nieważne na jakich warunkach, ale z kim.

pierwsza kolonia to była jedna wielka tragedia :) szłam wtedy do szóstej klasy i zachciało mi się obozu językowego. no to dobra, wszystko fajnie, pojechałam z koleżanką z byłej klasy, było fajnie aż do momentu, kiedy dojechałyśmy na miejsce. nikogo nie znałyśmy, bo prawie wszyscy byli z odległego o 50km miasta i okolic. jak siedziałyśmy, to tylko we dwójkę, aż do znudzenia, a tych nudów było zbyt dużo. kompletnie nic nie robiliśmy, prócz godzinnych albo dwugodzinnych lekcji tego angielskiego, tak to cały czas ta plaża, po każdym śniadaniu, po każdym obiedzie, przez bite 3 godziny. do dzisiaj mam do niej wstręt, już jak słyszę "plaża" to od razu się krzywię :D i cholernie wtedy tęskniłam, nigdy nie chciałam tak bardzo wrócić do domu, ba, nawet do szkoły, jak wtedy. po tej kolonii powiedziałam sobie nigdy więcej czegoś takiego.

drugi dłuższy wyjazd był w wakacje rok temu, parę miesięcy po tym, jak wstąpiłam do sekcji judo. wtedy jeszcze bardziej uderzył mnie fakt, że najważniejsze jest towarzystwo, a nie miejsce, w którym się wszystko odbywa (a nie powiem, żeby warunki były na poziomie, ale dało się przeżyć :P) nie znałam jeszcze tak dobrze wszystkich, jak teraz, ale to wystarczyło na rewelacyjnie spędzony czas. i nie tylko z ich wariactwami, bo trener to zupełne przeciwieństwo poważnej osoby :P nikt się nie nudził, jak wracaliśmy z treningów to chciało się iść tylko pójść myć i spać. więcej chyba tu nie mam do powiedzenia, nie za dużo pamiętam.

z trzeciego obozu, i drugiego z judo, wróciłam wczoraj i już do mnie nie dociera, że ja tam byłam, że mogłam być tam z tymi ludźmi i że było tak cudownie. chociaż cudownie to zdecydowanie za słabe słowo do opisania tego wszystkiego :D bez wahania mogę powiedzieć, że to był najlepszy wyjazd na świecie, na którym byłam, włączając wycieczki szkolne. tak szczerze to na początku wcale nie chciałam jechać, nie chciałam w ogóle wychodzić z domu (w którym siedzę aż nazbyt), w ogóle nic mi się nie chciało. nawet mimowolnie układałam w głowie plan jak to by jakoś zachorować na tyle poważnie, żeby nie pojechać :P teraz widzę, że to była największa głupota, jaką ostatnio udało mi się wymyślić.
pierwsze parę dni - dobra, zaczynają się treningi, bieganie, ćwiczenia na gumach i tak dalej - jest jeszcze nudnawo. obóz trwał w sumie 11 dni, odliczając podróż 9. wszyscy zaczęli się rozkręcać dopiero w środku. jakbym mogła i jakby tylko była możliwość, to bez gadania zostałabym nawet do końca wakacji. wtedy już znałam wszystkich, ale największe poznawanie, że tak się wyrażę, było chyba po tym właśnie obozie. nigdy chyba nie byłam z tymi ludźmi w tak dobrych kontaktach :) i mam tu na myśli tych ze starszej grupy, młodszych co najwyżej o dwa, trzy lata, bo cała reszta obozowiczów to dzieci. ale jak się tak siedziało wieczorami to wcale nie czułam tych różnic wieku, tutaj wszyscy są równi, nie ma jakiegoś zarozumialstwa i wywyższania się, szczególnie u chłopaków i to jest super. z byle czego potrafili zrobić taki żart, że śmiałam się i do łez :D
jedyne, czego żałuję po tym obozie, to to, że nie trwał dłużej. wróciłabym się tam, nawet jeśli jeszcze raz miałabym się pocić jak świnia w tym upale, ledwo nadążać przy biegach po kilka(naście) kilometrów i na nowo obcierać sobie ręce po ćwiczeniach na gumach i macie, ale żeby tylko być tam ze wszystkimi. chociażby i tylko po to, żeby pooglądać wspólnie igrzyska olimpijskie :D z tego wszystkiego najlepsze były chyba wypady na kajaki. byliśmy w sumie trzy razy i za każdym razem nie wracałam sucha, zresztą jak połowa pływających :P najbardziej w tym podobało mi się uczucie tego wspólnego "czegoś", nawet nie wiem jak to opisać, coś jak bliskość bycia ze sobą, spędzania wspólnie czasu i radość z działania zespołowego. działanie zespołowe - tu mam na myśli zawieranie "sojuszów" i chlapanie danych osób z innych kajaków, chociaż wiosłowanie na wyścigi też można do tego zaliczyć :D

liczę na lepszy obóz w przyszłym roku, o ile jest to możliwe, bo ten był już najlepszy, a wcale się tego nie spodziewałam.

były jeszcze oczywiście wycieczki szkolne w podstawówce, ale wtedy nie otwierałam się tak bardzo, jak teraz, chociaż ciągle jestem nieśmiała. nie pamiętam za wiele, ale nie było tak dobrze, jak teraz.

bardzo dobrze wspominam jeszcze jedną wycieczkę w gimnazjum (i jedyną, na jakiej byłam w gimnazjum), na której była zbieranka z różnych klas. nie było kompletnie nikogo z mojej klasy, jakoś nie odczuwałam i nadal nie odczuwam zbytniej potrzeby integrowania się, dużo jest w niej zarozumialców i snobów, zresztą został już tylko rok. właściwie przejechałam pół Polski, żeby się z kimś spotkać, ale to i tak nie wypaliło, za to poznałam parę osób z innej klasy z tej wycieczki. teraz się już się rozeszli i są w liceum, ale nadal trzymają się razem, a ja często z nimi. to druga taka grupa osób, z którymi naprawdę miło i zabawnie się spędza czas, i przy której mogę być prawie do końca sobą :)
5w4

PunkTadeusz
Posty: 24
Rejestracja: sobota, 30 czerwca 2012, 11:59

Re: 5 na koloniach

#6 Post autor: PunkTadeusz » poniedziałek, 6 sierpnia 2012, 18:37

W życiu nie byłem na kolonii, w zasadzie jeździłem tylko na wyjazdy jednodniowe (bez noclegów) ze szkołą. Było znośnie. Ostatnio pojechałem z klasą (II liceum) na wycieczkę kilkudniową, i muszę powiedzieć, że dawno się tak nie upokorzyłem.

Podróż, jako tako była jeszcze w miarę, spałem albo czytałem. Na miejscu też było w miarę, dostałem pokój ze znajomymi i jakoś szybko się zadomowiliśmy. Ale im więcej czasu spędzałem z grupą, tym gorzej się czułem. Dobijał mnie brak swobody; wszędzie poruszaliśmy się biegiem, zgodnie z wyrafinowanym planem nauczycieli prowadzących, którzy swoją drogą nie przykładali uwagi, do tego co wyczyniamy (a wyczynialiśmy, 4 dni nie trzeźwiałem - w zasadzie tylko to pozwalało mi zasnąć). Byłem bardzo zmęczony ciągłą obecnością innych, chociaż generalnie się dogaduje w klasie (wiem, że przynajmniej kilka osób już mnie nienawidzi). Po prostu brakowało mi czasu dla siebie, żeby siąść, pomyśleć, podziwiać widoki. Zawsze musiałem trzymać się z grupą, a grupa nie zawsze robiła to, co było mi w smak. Cały ten czas zachowywałem się jak rasowy buc, bo zwyczajnie byłem poirytowany. Kilka osób zwróciło mi na to uwagę, ale musiały się obejść smakiem. Skończyło się na tym, że cały wolny czas (w zasadzie mieliśmy 6h na własną rękę) spędzałem sam włócząc się po mieście (najpierw Kraków, później Zakopane). Chociaż zły humor nie opuszczał mnie do samego końca, to wycieczka mi się podobała (nauczyłem się już ignorować sam siebie), stare miasto w Krakowie jest wspaniałe; Sukiennice, Kościół Mariacki, teatr Słowackiego. I udało się urwać trochę czasu w Zakopanym, żeby się przejść w góry. Szkoda mi tylko, że do końca liceum będę musiał wysłuchiwać, jaki to ja nie jestem. Ale nie czuje potrzeby, żeby się z Tego tłumaczyć.
INTj 2Ti
5w4

ODPOWIEDZ